Najlepsze są skoki do cudzej kieszeni

Politycy zaglądają do kieszeni zwiącholi! Dobrze! Pora, by zerknęli do portfeli prezesów.

Miałbym wiele powodów, by pójść za falą nagonki na działaczy związkowych, którzy – ku udawanemu powszechnemu zdziwieniu – kosztują polskie przedsiębiorstwa ciężkie miliony złotych. Miałbym powody choćby dlatego, że w dniu mojego przyjścia do PKP Intercity, w roli prezesa, kilkanaście związków zawodowych zapowiedziało strajk w proteście przeciwko tej nominacji: niekolejarz – prezesem! Skandal! Nie było to miłe.



I jeśli dziś biorę ich stronę, to nie przez wdzięczność, że późniejszą współpracę ułożyliśmy sobie modelowo, ale z powodu populistycznej histerii, która powoli bierze górę w dyskusji o związkowych etatach. Padają epitety: zwiąchole, wąsacze, darmozjady – maluczko, a to ich będziemy obarczać winą za kryzys, za stan finansów spółek, za problemy z rozwojem.

Ma rację jeden z dyrektorów PKP SA, który mówił dziś w radiu TOK FM, że ustawa pozwalająca finansować działalność związkową z pieniędzy wypracowanych w spółkach to „totalna aberracja”. Spółki tracą miliony, fakt, ja mam jednak propozycję, by w ten sam sposób spojrzeć na inne koszty generowane w tych samych przedsiębiorstwach, bynajmniej nie bez udziału zarządów.

Trzymając się kolejowego przykładu – który z posłów i menedżerów policzy, ile wyniosły koszty doradztwa w każdym z kolejnych nieudanych podejść do prywatyzacji PKP Cargo, PKP Intercity czy TK Telekom? Ile ich było? Nie wiem, już się gubię… Co kadencja, to inny pomysł na prywatyzację kolei. Co minister, to inna idea.

Zmiana koncepcji zawsze oznacza zmianę doradców, generuje kolejne wydatki, kolejni ludzie w spółkach wykonują tę samą, nonsensowną pracę. Ile kosztuje ich utrzymanie? Ile nas, podatników, kosztowała niekonsekwencja polityków? Ile zapłaciliśmy za marzenia o sprzedaży PKP Cargo w 2004, 2007, 2009, 2010, 2012 roku?

Te koszty idą w miliony. I kto o nich decyduje, wąsaci zwiąchole?

Warto by więc przy okazji – w stylu dzisiejszej krytyki związkowego rozpasania – pokusić się o stworzenie całkowicie odmiennej listy i postawić menedżerom spółek skarbu państwa kilka zasadniczo trudniejszych pytań:

1. Ile jest politycznych etatów w waszych firmach? Ile osób pobiera pensję tylko dlatego, że zadzwonił kolega z partii, że „wicie-rozumicie”, trzeba dopomóc? Ile osób dostaje wynagrodzenie i nie przychodzi do pracy częściej niż raz w miesiącu, by podpisać listę? Ilu doradców pracuje fikcyjnie? W ilu radach nadzorczych dorabiają – i nic nie robią – prezesi, ich znajomi, znajomi ministrów, urzędników? Ile kosztuje ta armia, jaka jest jej efektywność?

2. Ile kontraktów menedżerskich powiązanych jest z realnymi wynikami spółek? I jak się te kontrakty przekładają na efektywność? Dziwnym trafem w trybie obowiązującej ustawy kominowej WSZYSCY nauczyli się doskonale omijać jej przepisy. Wszyscy – łącznie z ministrami. Tymczasem poseł Michał Jaros z Parlamentarnego Zespołu ds. Wolnego Rynku chętniej zbiera opinie na temat wysokich zarobków działaczy związkowych niż szuka sojuszników do przegłosowania zmian w anachronicznej ustawie kominowej.

3. Ilu dyrektorów w spółkach skarbu państwa to przysłowiowe pierdzistołki, zajmujące się bezproduktywnym przekładaniem papierków?

4. I wreszcie – ile kursów służbowymi samochodami zrobiły zarządy spółek skarbu państwa na rodzinne urlopy i weekendy, na wizytę u cioci i dziadków? Ile niedzielnych obiadów z rodziną opłacono służbową kartą? Ile kupiono koszul, spinek, krawatów, toreb podróżnych – do „użytku wewnętrznego”? Ilu służbowych kierowców czeka na swoich szefów pod drzwiami domów biesiadnych, hotelami, restauracjami, zakładami fryzjerskimi, galeriami handlowymi? Ilu ma obowiązek czekać do północy i dłużej? Jaki jest ich koszt?

Właśnie dlatego, że dwukrotnie byłem w środku tego tygla, czuję obowiązek stawiania podobnych pytań. Właśnie dlatego, że byłem częścią tej machiny – wielokrotnie naciskany przez polityków z wszystkich bez wyjątku ugrupowań – dwa razy uległem, przepraszam – mam prawo powiedzieć, że dyskusja o kosztach związków zawodowych to tylko część poważnej debaty o finansach spółek skarbu państwa, którą warto rozpocząć.

Na początek zajrzeliśmy do kieszeni zwiącholi. Super! Teraz pora na portfele menedżerów.
Trwa ładowanie komentarzy...