Jest dyskusja, jest zaproszenie, są oficjalne zagadnienia. Dziennikarstwo to misja czy zawód, który powinien przynosić zysk? Zarobki w mediach to sprawa wyłącznie dziennikarzy czy całego społeczeństwa? Kryzys ekonomiczny a jakość dziennikarstwa – kto zarabia, kto traci i jak uratować czwartą władzę?
Najbardziej intrygujące jest zagadnienie numer dwa: czy płaca reportera to sprawa dla całego społeczeństwa czy wyłączny problem jego i wydawcy? Hmmm… czy przypadkiem odpowiedź nie jest oczywista? Mamy mówić w kategoriach „ile pieniędzy, tyle misji”? Mamy dopłacić z naszych podatków Hajdarowiczowi, Agorze, Solorzowi i Kamińskim? Jakiś abonament? Mamy wpłynąć na posłów, by wysokość dziennikarskich zarobków ustalili w kolejnej ustawie kominowej?
Problem jest, ale jak podczytuję dziennikarskie komentarze na blogu Staszewskiego i kilka wpisów na Facebooku, definiuje się go wokół wartości, które media same dawno już roztrwoniły. Przedstawiciel upadającego zawodu – coś na podobieństwo kaletnika, bednarza czy zduna – nie może narzekać na rynek, musi się z nimi mierzyć. Powinien zweryfikować własną pozycję rynkową: czy ciągle jestem potrzebny? Bo może coraz mniej… Czy wszystko co robię – jest potrzebne? Czy jakość tego, co wytwarzam, jest akceptowalna przez moich klientów?
Piszę o klientach, bo media to rynek, odbiorcy, którzy płacą za informację lub rozrywkę, a nie misja. Podmioty na nim działające mają na celu osiągnięcie zysku dla akcjonariuszy, a nie realizację enigmatycznej i staroświecko dziś brzmiącej „misji zawodu dziennikarskiego”. Z tym się trzeba pogodzić. Ostatnimi misyjnymi redakcjami są może jeszcze publiczne rozgłośnie radiowe z ich uroczym przerostem zatrudnienia, może małe rozgłośnie kościelne albo redaktorzy powiatowych gazetek. Kto oprócz nich? Telewizja publiczna? Ta sama, która ściga się z Polsatem i TVN na liczbę reklam w godzinie emisji? „Wyborcza”? „Sieci”?
Ale nawet nie wątpliwa misyjność jest problemem dzisiejszego dziennikarstwa i związanych z nim niskich płac. Problem to jakość informacji i publicystyki, sposób jej wytwarzania, sposób przekazu, umiejętności warsztatowe, erudycja (jest takie zapomniane słowo). Problemem jest szkolnictwo. Problemem jest kompromitujące upolitycznienie redakcji i stowarzyszeń dziennikarskich. Problemem jest wreszcie wiarygodność samych dziennikarzy.
Żeby ją dobrze opisać, podam kilka własnych doświadczeń, z ostatnich 15 lat.
Rok 1999. Pracuję jako dyrektor marketingu w dużej spółce notowanej na WGPW. W drugim tygodniu dzwonią do mnie dwaj piszący o giełdzie dziennikarze; trzymając się stylistyki Staszewskiego – jeden jest z Realu, drugi z Barcelony. Obaj proponują to samo: pomogą nam trzymać kurs i dobrą opinię o spółce. Szczegóły współpracy możemy sobie omówić… Kilka dni później dziennikarz branżowego miesięcznika mówi: będę tak długo w was napieprzał, aż dostanę to, co chcę. Chciał wyjazd na półroczne safari.
Rok 2004. Reporter, który później otrzymuje tytuł Dziennikarza Roku, pisze tekst na temat działalności mojej firmy. Spotykamy się przy kawie, rozmawiamy półtorej godziny, wyciągam dokumenty, pokazuję dane, liczby, opisuję cele i efekty. On – nawet przez moment nie notuje, nie chce dokumentów, niczego mu nie potrzeba. Dlaczego? Bo ma jednoznaczny pogląd, z którym startuje do pisania, a im więcej wiesz o sprawie, tym trudniej się pisze, a on chce napisać szybko, łatwo, zaraz. Ma tezę, a liczby jego tezie nie służą.
Rok 2005. Szefuję dużej państwowej spółce, wprasza się do mnie redaktor z prasy gospodarczej. Mogę mieć wywiad, mogę mieć tytuł menedżera roku nawet, ale musielibyśmy tylko przegadać sprawę sponsorowania dodatku tematycznego i finansowania gali, na której wręczą mi tytuł. Nie mam tytułu, nie miałem wywiadu, ktoś inny został menedżerem roku, finansował dodatek i galę…
Rok 2009. Troje dziennikarzy śledczych (co trzy głowy, to nie jedna) zbiera w czwartek do południa materiał na dwie pierwsze kolumny gazety, który ma się ukazać nazajutrz rano. Rozmowy z wszystkimi bohaterami (tylko przez telefon!) zajmują im, co skutecznie sprawdzam, zaledwie 18 minut. Tekst idzie z jedynki, ma wielki polityczny wydźwięk. Pisząc w pośpiechu popełniają szczeniackie błędy, które biorą się z typowych przeklejek internetowych (copy/paste) wytykam im aż 21 takich merytorycznych pomyłek – sprostowanie nie ukazuje się nigdy, proces trwa latami. Oni zdobywają nagrody, ja tracę reputację i klientów. Co mi po tym, że trzy lata później przepraszają mnie za brak rzetelności?
Gdzie zatem szukać źródeł poprawy własnej sytuacji finansowej?
Podpowiadam jako widz, słuchacz i czytelnik: w sobie, w was, w waszym własnym środowisku. Najpierw tam. Przede wszystkim tam! Nie mogę dziś być w Klubie Pod Jaszczurami, ale gdybym dotarł, powiedziałbym o trzech głównych warunkach:
1. Poprawcie jakość własnej pracy. Tu oczekiwań jest najwięcej… Nie dopuszczajcie do zawodu niedouczonych półgłówków. Przestańcie kopiować cudze teksty i tworzyć materiały na podstawie zasobów Google’a. Docierajcie do źródeł samodzielnie. Pytajcie obu stron i nigdy nie traktujcie bohaterów swoich reportaży jak ofiar, nad którymi można się dowolnie długo i mocno poznęcać. Miejcie szacunek do człowieka, nawet, jeśli nabroił. Nie gońcie za tanią sensacją. Nie wierzcie politykom. Nie jedzcie politykom z ręki. Nie pijcie wódki z politykami, działaczami sportowymi, biznesmenami. Nie korumpujcie się. I używaj polszczyzny, czwarta władzo.
2. Zbudujcie silny, niezależny, działający bez powiązań z politykami własny związek zawodowy. Zawsze jest czas, by rozmawiać z pracodawcami, ale ten czas nigdy nie będzie dobry, jeśli w zderzeniu z pracodawcą będzie występowało zatomizowane, podzielone i wzajemnie nienawidzące się środowisko.
3. Uczcie młodych dziennikarzy według azymutu wyznaczonego przez Kischa, Wańkowicza, Woodwarda, Bernsteina, Kapuścińskiego, Krallównę, Torańską – a nie według wskazań klikalności, oglądalności i liczby pozyskanych reklam. Może choć następne pokolenia zawodowe będą lepsze.
Czy to pomoże podnieść płace? Nie wiem, jestem pełen naiwnej nadziei, że tak: sukces i pozycja każdej marki zaczyna się od jej wiarygodności. Kocham ten zawód, choć nie jestem dziennikarzem od 1996 roku: z niego, jeśli był prawdziwą pasją, nie wychodzi się nigdy. I strasznie mi smutno, gdy widzę jak upada. Na własne życzenie.
