Notatki z podróży. Iacobeni.

Gdzieś pomiędzy Sighisoarą i Agnitą, z dala od głównych szlaków...
Gdzieś pomiędzy Sighisoarą i Agnitą, z dala od głównych szlaków...
Rumunia fascynuje. Jakby wyczyścić z domów polany i wzgórza Beskidów, i osiedlić ludzi wyłącznie wzdłuż dróg, góry pozostawiając nietknięte.

Czysta perspektywa miesza się z pokomunistycznym ubóstwem. Finansowane przez Unię drogi wbijają się twardo w architektoniczny chaos. Ale są miejsca, gdzie nie widać ani komuny, ani Europy, ani przyszłości.

Iacobeni to jest nic. Kilkusetletnia wieś w połowie drogi między Sighisoarą i Agnitą. Cygańskie obozowisko. Chłopak z kosą na powitanie. Wygląda groźnie, nadciąga groźnie. Ale w połowie drogi zamiast kosy wyciąga uśmiech. Bonbon, mówi. Cukierek, kolega, daj.

Mija trzydzieści sekund. Obok niego pojawia się chmara dokładnie takich samych. Patrzą. Krzyczą. Jedno słowo.

Bobo.

Daj.

Kolega.


To był kiedyś wielki trawiasty majdan pomiędzy dwoma odległymi rzędami domów. Ktoś wylał na nim rachityczny asfalt drogi, ktoś zbudował betonową kładkę nad martwym potokiem. Domy wściekłe od starości i złuszczonej farby. Inne kolorowe. Zadbane przeplatają się z zapomnianymi. Wrośnięte w swoją historię, w której oni, ich użytkownicy wydają się być tymczasowymi właścicielami. Są tu od wojny. Zajęli poniemiecką wieś.

Masz wrażenie tymczasowości. Jakby to wszystko za chwilę miało się spakować i ruszyć z taborem. I może ruszy: na mapie drogowej tuż obok Iacobeni zaznaczona jest autostrada w budowie. Przyjdą maszyny, znikną Cyganie.

Wielka torba krówek pęka w ułamku sekundy i w ułamku niknie w tłumie rąk. Silniejszy bierze dużo, wyrywa innym. Sprytniejszy nie rzuca się na cukierki, pyta o pieniądze. Moneta. Kolega. Moneta. Daj.

Jedno zdjęcie: portret. Moneta! Daj, kolega! Foto euro! Euro!

Pięć lei. Wyciągam z portfela pięć lei i znów ta sama gra: Silniejszy wyrywa kasę Sprytniejszemu. Sprytniejszy rozpacza. Ale wtedy wkracza Starszy – Silniejszy bez mrugnięcia okiem zwraca banknot. Sprytny triumfuje, zostałem jego kolegą, możemy się portretować do woli.

Fejsbuk? Pyta, a ja przytakuję. Wysłać ci? Nie wysłać. Nie odbierze. Nie ma konta. Nie ma komputera. Ma tylko to, co widzę. Tę wieś. To obozowisko.

Ingleze?

Pytają z krówkami w ustach. Polonia, odpowiadam.

A... Polonija! Polonija Romanija! Moneta! Kolega!

Za rozmowę też euro???

Nie rozmawiamy, machamy rękami i ściskamy się. Ich rumuńsko-węgiersko-słowacko-niemiecko-słowiański zawsze kończy się tym samym: bonbon.

Bobo! Daj! Moneta! Kolega!


W oddali kościół. Stary mercedes. Dacia. I konie. Kilka odnowionych dachów. Znak, że ktoś wierzy w ponadczasowość tego miejsca.



Trwa ładowanie komentarzy...